» O NAS 
- REGULAMIN BIBLIOTEKI
» KLUB MŁODEGO PISARZA 
» CZYTELNIA I ZBIORY 
» DARMOWE PODRĘCZNIKI 
- WYKAZ PODRĘCZNIKÓW 2018/2019
- REGULAMIN DARMOWE PODRĘCZNIKI
» PRACOWNIA KOMPUTEROWA - ICIM 
» GALERIA FOTO 
» GALERIA NA PIĘTRZE 
- ARCHIWUM GALERII NA PIĘTRZE
» KONTAKT 
» LINKI 
» CZASOPISMO POŁAMANY DŁUGOPIS 
» UWAGA KONKURSY! 
- ARCHIWUM
» 14. OGÓLNOPOLSKI KONKURS PLASTYCZNY SPORT W SZAROŚCI 2019 




 
     
 
   
  KLUB MŁODEGO PISARZA

Teksty prezentowane poniżej są efektem przeprowadzonego konkursu czytelniczego ze znajomości książki Michaela Granta pt. „Gone. Faza pierwsza: niepokój”. W ostatnim pytaniu należało napisać krótkie opowiadanie zainspirowane losami głównych bohaterów książki:

***


Słońce chyliło się ku zachodowi. Kojot wolno szedł za Samam, kiedy nagle ich oczom ukazała się Lana. Lana zauważyła, że zwierzę chce zaatakować chłopaka. Nie mogła do tego dopuścić. Wiedziała, że kojot jej posłucha, więc postanowiła to wykorzystać. Musiała się spieszyć, rozwścieczone zwierzę było coraz bliżej Sama. Rzuciła w nie kamieniem. Podziałało, zwierzę odwróciło się w jej stronę i zaczęło wyć do jasnego księżyca. Była pełnia. Sam wykorzystując sytuację podbiegł do Lany. Był cały w zadrapaniach po ciężkiej drodze z hotelu. Poprosił Lane, aby go uleczyła, jednak nie mieli tyle czasu. Agresywny kojot znów patrzył w ich stronę. Wyglądała jakby się zastanawiał czy ich zaatakować czy nie. Lana powiedziała mu, że jest jego panią i nie może im nic zrobić. Chyba poskutkowała bo kojot się oddalił. Lana i Sam zostali sami. Było ciemno i strasznie, a w powietrzu unosił się zapach krwi. Nic przyjemnego. Zresztą nic w ETAP-ie nie było przyjemne. Trzeba było brać się do pracy. Lana uleczyła Sama. Nagle, ni stąd ni zowąd przejechał jakiś samochód. Ryk silnika i ostre świata od razu poderwały Sama i Lane na nogi. Za kierownicą auta siedział Jack komputerowiec. Dobrze, że ich znalazł. Musiał im powiedzieć jak przetrwać piętnaste urodziny. Wybiegł do nich , lecz oni wcale nie cieszyli się na jego widok. Musiał do tego przywyknąć, że nikt go nie lubił. Był potrzebny, ale nie lubiany czy kochany. Trudno, w ETAP-ie lepiej być potrzebnym. Jack powiedział Lanie i Samowi jak przetrwać… Opisał dokładnie przypadek Andrew. Teraz musieli pędzić do Perdido Beach. Czas ich gonił. Sam miał zniknąć jutro. Oczywiście musieli mieć jakieś utrudnienie. Skończyła się benzyna. Byli wiec zmuszeni iść 8 km pieszo. Nie mieli jednak, aż tyle czasu. Mimo ran musieli biec. Od paru dni nie było ich w Perdido Beach, nie wiedzieli więc co mogą zastać…
 Sam wyruszył na poszukiwanie Lany, którą zwabiła Ciemność, a Jack chował się w Coates Academy z Dianą i Cainem. Po kilku godzinach dotarli do Perdido Beach. Panował zamęt.  Dzieci krzyczały. Drak chodził po ulicy z biczem w ręku. Zaraz… To nie był bicz. To była jego nowa ręka. Trzeba było go powstrzymać. Teraz Sam nie mógł chybić. Był tak blisko, a Drak go nie widział. Zrobił to. Wystrzelił swoim zielonym laserem i go zabił. Drak padł. Dzieci zaczęły klaskać widząc czyjąś śmierć. Co ten ETAP z nimi zrobił? Czy to nie chore żeby cieszyć się z czyjejś śmierci? Sam nie mógł tego znieść. Jest bohaterem bo zabił. Nie chciał nim być. Przynajmniej unieszkodliwił Draka i nie stanowił on już zagrożenia. Teraz musiał ogłosić ważniejszą rzecz. Dzieci miały się dowiedzieć jak zostać w ETAP-ie. Powiedział to Teaylor, ona to zrobi, przekaże im ta nowinę. Teraz zbierali armię żeby ruszyć na Coates. Teraz, kiedy zabrakło Draka, Caine sobie sam nie poradzi. Wygrają tę wojnę, Sam to czuł, reszta też. Jack się ich bał. Całego Perdido Beach. Może być nie potrzebny. Pomyślał, że wtedy też go zabiją, tak samo jak Draka? Musiał uprzedzić Caina o ataku na Coates. Niestety Lana nie zamierzała go nigdzie puścić. Nie miała jak się wymknąć. Mógł jednak powiedzieć im o swojej mocy. Wtedy może się przyda. Zrobił to. Powiedział Samowi, który się bardzo ucieszył. Jeden wojownik więcej. Teraz był prawie pewny, że pokonają Caina. Na dworze panował mrok. Nikt nie mógł wtedy zauważyć kameleona przy skale. Plan Sama właśnie legł w gruzach. Najgorsze było jednak to, że on nawet o tym nie wiedział...


Autor: Kaja Matuszewska, absolwentka naszego gimnazjum. Tekst inspirowany książką Michaela Granta pt. „Gone. Faza pierwsza: niepokój”



***


Słońce chyliło się ku zachodowi. Kojot wolno szedł za Samam, kiedy nagle ich oczom ukazała się ciemna grota.  Chłopak czuł ogromne zmęczenie, wiec ucieszył go ten widok. Kojot nie miał jednak zamiaru się zatrzymywać. Sam jęknął tylko, popatrzył tęsknie na jaskinię i ruszył za zwierzęciem. Po zapadnięciu zmroku ich widoczność została bardzo ograniczona, do tego stopnia, że nawet Kojot ze swoim doskonałym wzrokiem miał trudności z chodzeniem. Zbliżył się wtedy do Sama i rzekł:
- Teraz już musimy się zatrzymać. Nie ma innego. Sądzę jednak, że Przywódca nie będzie na nas wiecznie czekał. Rozpal ten swój ogień i możesz odpocząć do świtu.
Samowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Był tak zmęczony, że osunął się tylko na ziemię nie rozpaliwszy nawet wcześniej ognia. Obudził się z głośnym krzykiem, ponieważ czuł pieczenie ramion i zobaczył pysk Kojota przy swoich stopach. Zmutowane zwierzę podgryzało mu właśnie palce. Sam skoczył na równe nogi i odbiegł kawałek od Kojota.
- Nie pozwalaj sobie nędzny psie! Pamiętaj, że w każdej chwili mogę cię zabić! – wrzasnął.
- Jestem tego świadomy, ale wiem, że na razie tego nie zrobisz bo jestem ci potrzebny, nie wiesz gdzie przebywa Przywódca.
Sam zignorował go i poszedł przed siebie. Po kilkugodzinnej wędrówce zobaczyła przed sobą kolejną pieczarę.
- To tutaj – rzekła Kojot.
- Nie myśl sobie, że będę wdzięczny za przyprowadzanie mnie do niego. Lepiej już idź puki nie mam sił by użyć mojej mocy.
Po tych słowach Kojot pospiesznie oddalił się, a Sam wszedł do domu Przywódcy.
- Kto idzie? – odezwała się niespodziewanie wysoki głos.
- Sam Temple Ogniste dłonie! Czy ty jesteś Panem Kojotów?
- Tak, to ja. Nazywam się Sophie. Skoro przyszedłeś tak daleko musisz mieć coś ważnego do omówienia ze mną.
- Zgadza się, to ważne. Jestem zdziwiony, że przywódcą kojotów jest samica. Musisz być bardzo potężna.
- Tak… To długa historia. Ale do rzeczy, po co tutaj jesteś?
- Chcę się dowiedzieć kiedy nastąpił początek mutacji Kojotów.
- Znam odpowiedź na to pytanie.
- To świetnie! Pomożesz mi?
- Udowodnij, że jesteś wart tej informacji. Spróbuj mnie pokonać. Wyjawię ci odpowiedź gdy będę już bliska śmierci, dawno nie miałam tu rozrywki.
- A jeśli mi się nie uda? Co wtedy?
- Wtedy ja zabiję ciebie – zakończyła rozmowę Sophi i w kilka sekund znalazła się przy Samie…


Autor: Ewa Heize, absolwentka naszego gimnazjum. Tekst inspirowany książką Michaela Granta pt. „Gone. Faza pierwsza: niepokój”



***

Słońce chyliło się ku zachodowi. Kojot wolno szedł za Samam, kiedy nagle ich oczom ukazała  się płonąca Coates Academy. Sam podejrzewał, że Caine by tego nie zainicjował, bo przecież sam tam przebywał. Spojrzała z potępieniem na kojota, który go tu przyprowadził. Ten zaś wyszczerzył zęby w jakby szyderczym uśmiechu. Przywódca stada, który pojawiła się za nim znikąd przemówił:
- Twoi przyjaciele są w środku. Jeśli chcesz ich uratować, musisz zrobić to co Biczoręki ci rozkarze.
Sam pomyślał, ze skoro Kojot powiedział, że tam są jego przyjaciele z pewnością ma na myśli tylko ludzi z Coates. Drak musiał sprowadzić tam jego prawdziwych przyjaciół, kiedy on bez celu chodził prowadzony przez kojota po pustyni.
- Czego ode mnie oczekuje? – zapytała sam, z jednej strony przerażony, a z drugiej zdenerwowany.
- Żebyś oddał mu władzę. Biczoręki potrzebuje ludzi sobie poddanych by nas uczyć.
Sam pomyślał, ze tego jest za wiele. Nigdy nie pozwoli Drakowi rządzić ETAP-em. Wtedy wszyscy zginęli by w ciągu  najwyżej tygodnia. Ominął kojoty i pobiegł ile sił w stronę płonącego budynku. Nie może pozwolić by ktokolwiek zginął. Nawet jeśli są tam tylko nieprzyjaciele. Usłyszała za plecami jak kojoty z a nim biegną. Puścił w ich stronę lasery z rąk aby je spowolnić. Chyba je trafił, bo kiedy dobiegł do szkoły nie było za nim nikogo. Brama była otwarta, jednak drzwi wejściowe zamknięte. Sam wypuścił laser w stronę okna wybijając w nim szybę i wskoczył do budynku. Dym drażnił jego gardło, bardziej niż wtedy kiedy ratował dziewczynkę. Był w klasie. Przebiegł z niej do holu sądząc, ze tam znajdzie przerażone dzieciaki. Zamiast tego była tylko pustka i cisza. W budynku nikogo nie było. Dostrzegła jakiś ruch za plecami lecz zanim zdążył się odwrócić macka owinęła się wokół jego szyi. Drak uśmiechnął się szyderczo. Sam był w pułapce, jeśli zaatakuje go swoja mocą wzmocni pożar. Jeśli tego nie zrobi również zginie, lecz nie przez płomienie, ale w rękach, a właściwie biczu Draka…

Autor: Dominika Gubańska, absolwentka naszego gimnazjum. Tekst inspirowany książką Michaela Granta pt. „Gone. Faza pierwsza: niepokój”


Teksty prezentowane poniżej są efektem przeprowadzonego konkursu czytelniczego ze znajomości książki TUNELE autorstwa Rodericka Gordona i Briana Williamsa. W ostatnim pytaniu do testu należało, na podstawie ilustracji  napisać krótkie opowiadanie zainspirowane losami głównych bohaterów książki:

***



Dzień ten wcale nie zapowiadał się inaczej niż inne, ale taki właśnie okazał się w życiu nastoletniej Pameli Green Shawk.

Pamela właśnie w ten dzień rozpoczynała pierwszy rok w nowej szkole, gdzie nie była popularna i lubiana. Ojciec dziewczyny, John, dostał świetną ofertę pracy i dlatego właśnie rodzina Green Shawk musiała się przeprowadzić do nowego miasta, jakim jest Londyn. Jednak dość już tego, wróćmy do Pameli. Kiedy dziewczyna wstała, od razu zeszła na dół, aby powitać rodzinę. Zbliżała się do kuchni, a po drodze spotkała swojego psa, Pana Burrowsa, który rzucił jej spojrzenie pełne radości. Wreszcie, kiedy przez jadalnię dostała się do kuchni rzuciła całej rodzinie:

- Dzień dobry! Wypowiadając te słowa, cały czas patrząc na talerz z przepysznie wyglądającymi naleśnikami, przypomniała sobie, że dzisiaj są jej szesnaste urodziny.

- Dzień dobry, kochanie! – odpowiedziała jej mama. – Siadaj i jedz!

Pamela pomyślała: - Boże! Ze wszystkich matek na świecie mi dałeś akurat tę uzależnioną odgotowania. Pan Burrows szczeknął dając tym samym o sobie znać. Gdy Pamela zjadła śniadanie, wzięła prysznic, ubrała się oraz pocałowała w czoło swojego młodszego brata, poszła do szkoły myśląc: - Dzień, jak co dzień.

***

Kiedy wracała ze szkoły cały czas miała wrażenie, że ktoś ją śledzi. Miała rację, odwracając się zobaczyła dwóch mężczyzn w czarnych garniturach i okularach. Szli wyraźnie za nią, zgubiła ich dopiero na przedmieściach Londynu. Ale wtedy usłyszała krzyk. Pobiegła w tym kierunku skąd dochodził i zobaczyła nową koleżankę ze szkoły, jak jest przesłuchiwana przez owych mężczyzn w garniturach. Usłyszała:

- Miałaś ją chronić i bezpiecznie sprowadzić … Jesteś jej opiekunką. Po tych słowach mężczyźni puścili dziewczynę, a ta uciekła w głąb uliczki. Pamela postanowiła ją śledzić. Dotarła za nią do otwartego szybu kanalizacji i zobaczyła, że dziewczyna do niego schodzi. Pamela zrobiła to samo. Dotarła do dziwnego, podziemnego miasta. Zobaczyła, jak koleżanka wchodzi do pałacu i zaczyna rozmawiać z jakąś kobietą:

- Przykro mi, nie udało się … księżniczka Pamelyn jest jeszcze na górze. Pamela słysząc to uciekła.

***

Po powrocie do domu Pamela od razu poszła spać starając się nie myśleć o tych dziwnych wydarzeniach. Zasnęła, a kiedy wstała uznała, że to sen i więcej o tym nie myślała aż do …

 cdn.

Bartosz Maćkowiakkl. I c


Wow! Mike, choć zobacz co odkryłem! – zawołał archeolog Jerry do swojego kumpla po fachu. Jerry i Mike prowadzili różne prace archeologiczne na terenie Anglii i w większości przypadków odchodzili z pustymi rękoma. Ale tym razem nie było mowy o pomyłce. Archeolodzy z kilkoma innymi badaczami czasów starożytnych zostali zaproszeni do pomocy w odkopywaniu starych ruin w Londynie. Ponieważ teren badań był bardzo trudny i obszerny zaproszono do pracy wszystkich znawców tematu i wspólnymi siłami starano odkryć „co i jak”.

Jerry był wysoki, miał zielone oczy, płaski nos oraz krótkie, kręcone brązowe włosy. Jego sylwetka przypominała postać jednej z odsłon doktora Who. Zachowywał się trochę dziecinnie, ale zawsze był odważny i błyskotliwy. Mike natomiast był średniego wzrostu, ale za to był bardzo wysportowany i nie tak opalony, jak przyjaciel. Nosił długie do szyi blond włosy, a całość jego dość nietypowej sylwetki dopełniały przenikliwe i spokojne, brązowe oczy. Mike charakterem różnił się od Jerry’go. Był nieludzko opanowany, a wszystkie swoje ruchy zawsze przemyślał dwa razy. Ale teraz obaj mężczyźni patrzyli na siebie z lekkim niedowierzaniem. W miejscu, gdzie Jerry uderzył kilofem była teraz ogromna, czarna dziura.

- Co? Co to jest? – zawołał zaskoczony Mike.

- Nie mam pojęcia – odparł Jerry  - ale wydaje mi się, że powinniśmy to sprawdzić.

Uśmiechnęli się do siebie, sprawdzili czy tylko oni zauważyli dziurę. Przekonali się, że oprócz nich jeszcze dwóch pracowników zatrudnionych przy odkrywkach również ją widziało. Jeden z nich był dobrze zbudowanym albinosem o ciemnych oczach i białych włosach. Natomiast drugi był grubawym, piegowatym rudzielcem.

- Zamiast się tak gapić, moglibyście przynieść liny. To może być przygoda waszego życia – powiedział do nich Jerry.

Już po paru chwilach liny były umocowane, a wszyscy czterej gotowi do zejścia. Kiedy zsuwali się  w dół powitał ich mocny chłód i piękny widok. Skały odbijały promienie słoneczne przybierając kolor szafirowej zieleni, co powitali z zachwytem. Mike i Jerry z archeologiczną ciekawością, albinos ze stoickim zainteresowaniem, a rudzielec z rozdziawioną gębą. Gdy byli już na dole, ich uwagę przykuła ściana zrobiona prawdopodobnie z gipsu. Były na niej wyryte różne nazwiska, od Jamesa Cooka aż po Stanisława Augusta Poniatowskiego. Cała czwórka podeszła do nich z zaciekawieniem przyglądając się im, gdy nagle usłyszeli dziwne hałasy przypominające po trochę buczenie pralki oraz współczesną muzykę. Za chwilę poczuli, że robi im się ciemno przed oczami. Rozpoczęła się narastająca panika i zryw ku linie, która jakimś cudem wytrzymała ciężar czterech przerażonych, dorosłych mężczyzn. Po powrocie na górę sytuacja nie była też za ciekawa. Albinos gdzieś zniknął, rudzielec dostał traumy, a Jerry i Mike uznali, że dziurę trzeba zakopać i nie wspominać o tym nikomu.

Wiktor Kochkl. II c


Pewnego deszczowego dnia przyszła do mnie koleżanka. Nie miałyśmy co robić, więc zeszłyśmy do piwnicy, by poszukać moich zapomnianych gier. Długo ich szukałyśmy i gdy już byłyśmy pewne, że będziemy skazane na oglądanie telewizji, zauważyłam że zza regału z kompotami wystaje klamka.

- Nigdy wcześniej tego tutaj nie widziałam – powiedziałam.

- Przesuńmy regał – zaproponowała Kaja.

Okazało się, że znajdują się tam małe, drewniane drzwiczki. Niestety były zamknięte. Po raz drugi przeszukałyśmy całą piwnicę, tym razem jednak naszym celem było odnalezienie pasującego klucza.

- Masz coś? – zapytałam.

- Nie, tylko kurz i puste słoiki – odparła zrezygnowana.

- Myślę, że powinnyśmy poszukać w garażu.

- Niezły pomysł, ale muszę niedługo wracać do domu.

Pół godziny później znowu stanęłyśmy przed tajemniczymi drzwiami, ale kiedy ponownie sprawdziłam, czy można je otworzyć, z piskiem ustąpiły. Ukazał się nam długi, ciemny korytarz. Wystraszyłyśmy się, ponieważ otwarte drzwi wskazywały na to, że ktoś musiał tu być, kiedy szukałyśmy klucza, czyli dosłownie przed chwilą.

- Jesteś pewna, że nigdy o nich nie słyszałaś? – spytała Kaja.

- Tak, nie mogło ich tu wcześniej być!

- Musimy to sprawdzić!

- Też jestem ciekawa, ale trochę się boję.

- Przejdźmy tylko kawałek, następnym razem pewnie znowu będą zamknięte –stwierdziła Kaja.

- Dobrze – zgodziłam się.

Korytarz okazał się bardzo długi. Po pewnym czasie zaczęły nas boleć nogi i chciałyśmy zawrócić, ale wtedy ujrzałyśmy zbliżające się światło. Byłyśmy tak bardzo przerażone, że nawet nie zauważyłam, kiedy wypadła mi komórka. Odetchnęłyśmy dopiero w moim pokoju.

Brak telefonu spostrzegłam następnego dnia w szkole i od razu powiedziałam o tym Kai. Doszłyśmy do wniosku, że musiałam ją zgubić w czasie naszej ucieczki. Niestety, nie znalazłam jej w piwnicy, a zagadkowe drzwi były zamknięte. Pewnie zabrała ją ta postać ze światłem. Następnym razem muszą być ostrożniejsze. Przez kilka kolejnych dni zastanawiałyśmy się, co zrobić z tajemnicą naszej piwnicy i wspólnie uzgodniłyśmy, że poczekamy jeszcze tydzień, zanim spróbujemy ją odkryć...

Ewa Heinzekl. II d


Wszystko zaczęło się około miesiąca temu kiedy to ja wraz z Markiem, Michałem i Patrycją, podczas szkolnej wycieczki po jaskiniach w Górach Świętokrzyskich. Wpadliśmy, oczywiście z mojej winy, do starego szybu. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje, spadaliśmy przez krótki czas i w końcu wpadliśmy do podziemnego jeziora. Zaczęliśmy wrzeszczeć i wierzgać nie wiedząc, co zrobić, aż w końcu oprzytomniałem i zacząłem ich uspokajać. Po długich namowach uspokoili się i wyszli ze mną na brzeg. Mówiłem im żeby się uspokoili, że wszystko będzie dobrze, choć sam w to nie wierzyłem. W końcu spadliśmy pod ziemię, w ciemności, bez wiedzy, gdzie jesteśmy, ani dokąd mamy pójść. W końcu jednak uznałem, że powinniśmy zrobić przegląd plecaków i powiedziałem:

- Dobra ludzie. Wiem, że nie jesteśmy w ciekawej sytuacji, ale musimy zachować zimną krew i ocenić sytuację – powiedziałem spokojnym tonem, co mnie samego zaskoczyło – pokażcie, co macie w plecakach.

- Ja mam kilka batoników, butelkę wody, aparat fotograficzny i scyzoryk – powiedział Marek z przejęciem.

- A ja paczkę ciastek, kilka kanapek, wodę, zapałki i latarkę – wymienił Michał tonem, jakby zaraz miał się rozpłakać.

- A ty Patrycja, co masz? – zapytałem.

Wtedy zaniosła się histerycznym płaczem. Uspokajaliśmy ją wszyscy. W końcu powiedziała, o co chodzi.

- Mój plecak wypadł, kiedy spadaliśmy i wpadł do jeziora – powiedziała nadal cicho pochlipując.

- Nie martw się, nic się nie stało – uznałem, że nie warto jej upominać, ponieważ dziewczyna stała na krawędzi załamania nerwowego.

- Dobrze, zbierajmy się –wypaliłem.

- Co?! – wykrzyknęli wszyscy chórem.

- Jak to co? Myśleliście, że będziemy tu tak siedzieć i użalać się nad sobą? Nie ma mowy! Musimy się wydostać stąd na powierzchnię – powiedziałem niemal krzycząc, a potem dodałem już spokojniej – Michał, czy twoja latarka nadal działa?

- Tak, jest trochę mokra, ale nadal działa … choć nie wiem, jak długo.

Stałem i patrzyłem, jak siedzą na ziemi i użalają się nad sobą.

- Wstawajcie, nie ma na co czekać! – zacząłem krzyczeć –Chcecie tu siedzieć i gnić? Ruszcie się!

Pierwszy wstał Marek.

- Rafał ma rację, ruszcie się, musimy się wydostać na powierzchnię, inaczej zginiemy tutaj – powiedział.

W końcu wszyscy wstali i ruszyli obierając kierunek na chybił trafił. Maszerowaliśmy mozolnie przez dobrych kilka kilometrów zastanawiając się, czy kiedykolwiek stąd wyjdziemy, czy nie umrzemy tutaj z głodu, gdy nagle z zamyślenia wyrwał nas huk wodospadu. Wszyscy zaczęliśmy biec, co sił w nogach prowadzeni latarką Michała. Gdy wreszcie dotarliśmy do wodospadu, podszedłem bliżej i zobaczyłem krystalicznie czystą wodę i ogromne czerwone ślepia. Ostatnie, co pamiętam, to ogromną masę czarnego futra i huk wystrzału, a potem pochłonęła mnie czarna dziura. Gdy wreszcie się ocknąłem, zobaczyłem nad sobą chłopaka, niewiele starszego ode mnie. Trzymał ogromny pistolet i miał dziwne okulary. W końcu się odezwał:

- Cześć, nazywam się Felix.


Ciąg dalszy nastąpi … może.

Rafał Olszakkl. I e


Teksty prezentowane poniżej są efektem przeprowadzonego w roku szkolnym 2012/2013 konkursu czytelniczego ze znajomości książek METRO 2033 i METRO 2034 autorstwa Dmitryja Glukhovskyego. W ostatnim pytaniu do testu należało, na podstawie ilustracji (po lewej stronie) napisać krótkie opowiadanie zainspirowane przedstawioną tam sytuacją:

W tunelu na końcu pojawiło się ostre, niebieskie światło. Po chwili do uszu Artema dotarł dziwny dźwięk. Jak gdyby nie z tego świata. Słyszał ludzkie głosy? Światło zaczęło się rozrastać. Towarzyszył temu wiatr. Był taki „inny”. Zdawało się, że oczyszcza i przepędza powietrze, które pochodziło z żałosnych filtrów. Kiedy dysk świetlny osiągnął średnice tunelu Artem musiał zasłonić oczy przed światłem. Nie widząc nic usłyszał świst i poczuł jak odchodzi w nieświadomość. Czerń. Spędził w tym stanie dobę. Jego świadomość budziła się z głębokiego snu. Słyszy głosy? Powoli z trudem otworzył oczy. Zamknął je od razu gdy do jego otwartej gałki dostała się woda. Dopiero teraz poczuł wodę. Otworzył oczy ponownie. Znajdował się w czymś wysokim i okrągłym. Z pewnością otoczonym szkłem. Oddychał. Było to zasługą maski, którą miał na twarzy. Był nagi. Ujrzał jakby grube nici zakończone igłami, których części znajdowały się w nim. Zaczął panikować. Znów spojrzał w stronę szkła i zobaczył ich… Stali, patrząc jak wyrywa się bezsilnie z objęć nici, którymi sami z pewnością go opletli. Znów ogarnęła go nieświadomość. Otworzył oczy i tym razem ujrzał sufit, który świecił. Emanował niebieskim blaskiem. Rozglądając się nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Znajdował się w ogromnym pomieszczeniu. Leżał na łóżku i był połączony z aparaturą jakiej dotąd nie widział. Ściana naprzeciw niego była cała oszklona. Za nią ujrzał ludzi! Zaraz… nie wyglądali jak oni. Przynajmniej w części ich przypominali. Byli smuklejsi, wysocy, a ich skóra miała kolor niebieskawy. Wszyscy mieli długie i czarne włosy. Na sobie mieli przedziwne, przylegające do ciała kostiumy. W pewnym momencie do Sali gdzie leżał weszła jedna z tych postaci. Na jej twarzy widniały skomplikowane wzory, a oczy… były takie wielkie! Stwór podszedł do niego  i powiedział po rosyjsku: „Witamy na stacji kosmicznej pradawnych ludzi!”

Krystian Chmurzewski


Słyszę ich. Słyszę przechodzące cienie. Nikt oprócz mnie nie przeżył. Zaatakowały nas od tyłu. Śledziły nas przez cały czas. Widzę światło. To  nie może być stacja. Za daleko. Dziwne rzeczy ludziom się działy w tunelach. Są blisko . Znowu atakują! Od strony światła. Kończą mi się naboje. Przewróciły wózek. Widzę jak ich zjadają. Przestały… Uciekają przed tym światłem. Słyszę ich odbijają się w świetle lampy. Są coraz bliżej. Wózek mnie przygniótł. Nie mogę uciekać. Światło… Obudziłem się. Oni żyją. Zdałem sobie sprawę, że to był sen. Okropny. Jednak jesteśmy na stacji.

Bartosz Kopeć


Wybuchy, hałas eksplodującego betonu. Usłyszała jak coś falą opada na stacę, jak wodospad, bo to był wodospad. Woda wlewała się na zamknięta Tulską, a ona wpatrywała się w świecącą przed nią jasność. Czuła paraliżujący strach, ale gdy usłyszała wzbierającą za nią falę zerwała się.  Biegła, prawie potykając się o powalone wszędzie trupy.  Dobiegła do bijącej jasności i wskoczyła w nią. Następnie usłyszała jakiś trzask i huk, potem zemdlała. Obudziły ja czyjeś słowa. Mimo to nie chciała wstać i otworzyć oczu. To na czym leżał było nieziemsko wygodne i miękkie. Przemogła się, podniosła i otworzyła oczy, momentalnie oślepiło ją silne światło. Ktoś wepchnął jej w ręce jakiś przedmiot.  Okulary. Pospiesznie je założyła, były to okulary przeciwsłoneczne,  gdyż blask z silnie świecących lamp oślepiał. Zobaczyła obok siebie starego mężczyznę, ale innego niż ci, których widywała do tej pory. Ten był ubrany w czystą, czarna togę, a w ręku trzymał jakiś przedmiot. Strach przemogła ciekawość i Sasza zapuściła żurawia nad jego ręce. Zobaczyła zielony prostokąt, a na nim napis: „Witamy w Szmaragdowym Grodzie”. Sasza usiadła i zdębiałą. Spojrzała na odzianego w czerń mężczyznę. Ten miło się uśmiechnął i zmrużył oczy. Nie mogła w to uwierzyć. Mężczyzna podszedł do niej, chwycił za rękę i pociągnął do drzwi. Otworzył je i weszli na stację Uniwersytet…

Jakub Chudy


Na ilustracji widać jakiś rodzaj „anomalii”. Prawdopodobnie jest to jakiś rodzaj elektrycznej anomalii, co można poznać po łukach elektrycznych wewnątrz tego „bąbla”. Stalker i druga osoba są nieprzytomne lub nieżywe, co może świadczyć o tym ,że ta „anomalia” „przeleciała” przez nich, lub co bardziej prawdopodobne przez działającą lampę naftową i ciała w całości, zbliża się do nich. Skoro „anomalia” się do ich zbliża to co ich ogłuszyło? Możliwe, że mieli z tym cos wspólnego Czarni, istoty specjalizujące się w manipulacji umysłem! Skoro o Czarnych mowa to możliwe, że ta „anomalia” wcale nie istnieje. Czemu? Ponieważ skoro Czarni są zdolni ogłuszyć człowieka to może zdołali by mu wmówić, że taka „anomalia” go goni.. Ale w takim razie po co ogłuszać kilka osób i straszyć jedną?  Możliwe, że Czarni to bardzo inteligentne istoty, ponieważ posłużyli się psychologią człowieka. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w tunelu razem z kompanami i nagle wszyscy oprócz nas padają,  a z za rogu pojawia się świecąca kula która gna w nasza stronę. Co robisz? Oczywiście zaczynasz ruszać drezyną jak najszybciej i starasz się uciec. A jaki z tego morał? Człowiek opowiada innym jak go o mało co świecąca  kula nie zabiła i żeby nie jeździli tamtym tunelem, że to zło, szatan i ludzie ze strach już tam tędy nie jeżdżą . Wniosek z tego taki, że Czarni mogą wykorzystywać swoje zdolności do oczyszczania tuneli i mieć swobodę działania, lub jeśli maja cos takiego jak „gniazda” to są one dzięki temu bezpieczne.

Mateusz Szefer

 



 
     
   
 
licznik odwiedzin - 24805654        Gimnazjum w Sierakowie | mapa strony | © 2015
Utworzono w systemie darmowe strony www EntroCMS